O autorze
Psycholog, ekspert w zakresie coachingu odchudzania. Daję ludziom, którzy już próbowali setek diet i programów odchudzających, nadzieję, wiarę, że można wszystko. Pokazuję jak praktycznie i bez większego wysiłku zastosować skuteczne strategie i, być może zaskakujące sposoby myślenia, by pozbyć się nadwagi na zawsze. Tutaj będę obalać mity, prowokować, kłócić się z modą i bezmyślnością, zachwycać jedzeniem, życiem i szukać wciąż czegoś nowego.

Zjem, a potem paw - historia o randce z toaletą

Witam Pani Aniu, pisze do Pani, bo mam dość. Właśnie wróciłam znad toalety. Wie Pani o czym mówię? Jeśli nie, napiszę Pani jaką idiotką jestem. No debil normalnie.

Właściwie trzymam się w ryzach. Jestem na diecie, chudnę nawet szybko albo trzymam wagę. Jak się tak zastanowić, to jestem na diecie od jakichś siedmiu lat. Nieźle... Każdy posiłek to przeżycie. Budzę się rano z myślą, że to będzie piękny dzień. Zjem dobre śniadanie, pójdę do pracy. Po trzech godzinach zjem drugie śniadanie i tylko trzy godziny dzielą mnie od obiadu. I tak leci dzień. Nie mam problemu z przygotowaniem sobie posiłków. Małe pojemniczki ustawione dzień wcześniej czekają sobie na rano. Jest zdrowo chyba i zbilansowanie, jak twierdzi dietetyk. I chyba tak jest, skoro fizycznie dobrze się czuję, nie wypadają mi włosy i nie mam kłopotu z paznokciami. Czasem chudnę, czasem nie. Norma.
Ostatni posiłek - kolacja. Nadal zdrowa, sycąca i w sumie smaczna. Koło 20-21. Chodzę spać koło północy.
I zaczyna się. Miło najedzona zaczynam myśleć o dniu jutrzejszym. Co na śniadanie.... aaa... i potem drugie i obiad (na szczęście mogę go podgrzać w mikrofali w pracy). Szybko szykuję, jedzenie w pojemnikach. Jest ok.
I znowu myślę... dobre było to na kolację. To dziubnę jeszcze troszkę tuńczyka. Dorzucę pekińskiej. A gdyby to zawinąć w tortillę? Nieeee - pół tortilli.
Pół tortilli znika w trzech kęsach w ustach. Co zrobić z drugą połówką?
Wiem... zjem i zwymiotuję.



Ale nie zwymiotuję jak będzie za mało w żołądku. Ale jakby tak wypełnić żołądek "czymś" to już byłoby czym...

Gotuję wodę - wiadomo -ciepła przegotowana lepiej "wychodzi"

Gorąca... rozcieńczę mineralną, bo czasu nie ma. A nuż zaczęło się wchłaniać i będę gruba?

Kubek wody... bleee... jaki syf..

No dobra... dopcham się, żeby było czym wymiotować. Druga połówka tortilli... pekińska, pomidor, ser, jakiś sos...miodu dorzucę, bo taki miodowo - musztardowy jest dobry...

Mało...

To już cała tortilla... pekińska, pomidor, ser, jakiś sos....

Cienka ta tortilla... no to - umówmy się - nie może aż tak tuczyć - i dużo warzyw... w sumie zdrowo...

Jeszcze jedna... piekińska, pomidor, ser, jakiś sos... a wrzucę ogórki konserwowe... dwa zostały w słoiku...

Woda... jeszcze ciepła na szczęście...

Mam ochotę iść spać. na sekundę zamykam oczy... Ale nie - muszę jeszcze zwymiotować...

Chyba nie mam jeszcze czym...

Otwieram szafkę. Budyń czekoladowy! Nie lubię za bardzo, ale zjem... szybkie gotowanie... mało mleka w domu, więc doleję wody. W końcu smak aż tak się nie liczy... byle szybko.

Boże, te kuchenki na prąd tak wolno grzeją!

Cholera! Za dużo wody! Budyń się leje. To nic, wypiję...

Ale gorący... przeleję do zimnego kubka trochę, to wypiję, a potem doleję. Może zdąży wystygnąć.

O Jezu, jaka jestem pełna...

Woda... nadal ciepła...ufff...łatwiej pójdzie...

Matko! Czuje się taka wielka! Gorzej być nie może, więc jeszcze troszkę zjem, bo co za różnica i idę do łazienki.

Nutella...

Liczę - objętościowo to nie jest dużo, a słodkiego sporo. Jak zjem pół słoika, to nawet jak wyrzygam mało, to pewnie Nutella też pójdzie. Nie wiem czy rozpoznam, bo budyń też brązowy. Ale tu trochę orzechy czuć, więc spoko.

Pół słoika. W końcu kontrola musi być.

Ufff... dwa kubki wody... mało ciepła, ale jeszcze trochę...

Nie mogę się ruszać, ale jeszcze nie zwymiotuję. Muszę wymieszać w żołądku, bo tak to na pierwszy ogień pójdzie sama woda, bo była na końcu. Więc trochę "pofaluję" brzuchem na zamieszanie.

Idę...

Żałuję, że nie wymiotuję do miski. Wiedziałabym ile poszło. Czy wszystko, czy jednak muszę wlać w siebie więcej wody. Ale chyba dużo. Palce wchodzą aż za ten mały "języczek"...rzuca, tryska, ale idzie na brązowo (budyń, Nutella?). Oby cokolwiek. Widzę pomidora, piekińską... mam nadzieję, że tortilla też poszła. Niby nie bułka, ale jednak nie za bardzo.

Patrzę w lustro. Spuchnięta, czerwona... ja pierdolę, resztki jedzenia na twarzy... opłukanie zimną wodą. Rano trzeba wyglądać jak człowiek.To chwilę potrzymam twarz w tej zimnej wodzie.

Ha! Jak nie wszystko poszło, to mam Xennę albo senes. Podwójną albo potrójną dawkę dla pewności. Albo oba?

Mam dość... ale nie ruszyłam pojemników na jutro. Jutro już będzie dobrze.
(...)

Mój komentarz (Anny): dlatego nie znoszę diet, pojemników, przygotowywania i nieustannego myślenia o jedzeniu. Reżim = jazda na lodówkę. Prędzej czy później.
Fajne?


* list został opublikowany na zgodą autorki
Trwa ładowanie komentarzy...